Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego

Festiwal Piosenki Poetyckiej Nadzieja

Krzysztof Gajda
Słyszę czasami głosy osób rozżalonych...

Krzysztof Gajda

fot. P. Lipski

Słyszę czasami głosy osób rozżalonych, że Jacek był i ciągle jest poetą niedocenionym. Że z niedostateczną odwagą literatu- roznawcy, krytycy mówią o Nim jako o poecie. Przysłuchuję się, przyglądam dyskusjom na temat tego, czy jeden z mistrzów Jacka, Zbigniew Herbert, nie zasłużył bardziej na nagrodę Nobla, niż — dajmy na to — Wisława Szym­borska, Czesław Miłosz, czy mnó­stwo innych poetów, pisarzy, dramaturgów. I zawsze w takich sytuacjach myślę, jak bardzo zanurzeni jesteśmy w naszym ma­łym, ziemskim, banalnym systemie wartościowania. Czy przypadkiem Poezji — tej pisanej z wielkiej litery — nie jest obojętne, jakie miejsce w rankingu zajmie ten czy inny poeta?

Chodzi o moment, kiedy cichnie już „wrzask, szczęk i śpiew” — kiedy milkną odgłosy walki z życiem i o życie.

Jacek Kaczmarski wybrał sobie jako poeta drogę trudną, ale jestem pewien, że jedyną możliwą dla niego samego. Łącząc wiersze z muzyką w piosenki, śpiewając je, obniżył w odbiorze społecznym rangę swoich dokonań. Wszak piosenka to nie wiersz.

Piosenka nakłada na autora ograniczenia, z którymi nie musi się zmagać poeta publikujący swe poezje w postaci wydrukowanych wierszy. Stąd w znacznym stopniu wynikają problemy z zakla­syfikowaniem jego twórczości.

Ale znowu wraca pytanie: czy klasyfikowanie, ocenianie, kategoryzowanie — mają realne znaczenie dla samej Poezji pojmowanej jako byt abstrakcyjny? Czy przez to, że poeta X nie figuruje w jednym, czy drugim naukowym zestawieniu — obniża się rzeczywista wartość jego poezji?

A warto przecież wspomnieć, że twórczość Jacka od niedawna figuruje już w podręcznikach, w antologiach poetyckich, powstają coraz liczniejsze prace magisterskie na Jego temat, pewnie wkrótce usłyszymy o kolejnych doktoratach, ktoś się odważy na habilitację. I przyznajmy, niewielu spośród autorów tekstów piosenek jest to dane. Bo też i Jacek nie jako autor piosenek jest traktowany, lecz jako śpiewający poeta. Śmiem twierdzić, że Jacek Kaczmarski (przynajmniej na polskim gruncie) podniósł jednoosobowo piosenkę, trudny do uchwycenia twór słowno-muzyczny do rangi sztuki wysokiej, choć niewielu z cytujących go dziś autorów podręczników i antologii, nauczycieli, dziennikarzy, krytyków zdaje sobie z tego sprawę — lub niewielu potrafi to w odpowiedni sposób nazwać.

Słyszę, czytam często utyskiwania osób żywo zainteresowanych tą twórczością na niedostateczną obecność Kaczmarskiego w mediach. Myślę, że pod tym względem Jacek jest jednak w uprzywilejowanej sytuacji w porównaniu z innymi poetami. Jego koncerty pojawiają się często w telewizji, nawet jeden z tele­tur­niejów — Najsłabsze ogniwo — sprawia wrażenie, jakby powstał po to, by odpytywać uczestników ze znajomości piosenek Jacka Kaczmarskiego.

Jacek miał to szczęście nie odchodzić z tego świata jako twórca zapomniany. I póki co, pamięta się o nim i docenia Jego dorobek, czego świadectwem jest zarówno odruch społecznej solidarności w cierpieniu, jak i reakcja na wieść o bolesnej informacji z Wielkiej Soboty 2004 roku. Także repertuar telewizyjny ze Święta Zmarłych oraz liczne notki wspomnieniowe, które pojawiają się w prasie, świadczą, że o Jacku się pamięta.

Do nas należy pielęgnowanie tej pamięci.

Więcej niepokoju i irytacji dostarcza mi zawsze etykieta „twórcy piosenki politycznej”, która przylgnęła do autora Mimochodem. W zbiorowej świadomości, kształtowanej przez przekaz medialny, nie ma miejsca na subtelności i rozróżnienia, doszukiwanie się niuansów poetyckiego słowa i tematycznej złożoności. Egzy­stencjalne rozważania oparte o kulturowy sztafaż to nienajlepsza treść dla piosenki, której domeną jest przecież sfera rozrywki. Stąd potrzeba i dążenie do uproszczenia, zamknięcia w ściśle określonych ramach tego, co nijak nie powinno się tam mieścić.

Ale też nie jest Jacek Kaczmarski w takim losie odosobniony. Zarówno jako poeta, artysta i jako człowiek. Każdy z nas postrzegany jest z perspektywy cudzych uproszczonych wyobrażeń, nie zawsze — a może wręcz dramatycznie rzadko — zbliżonych do autentyczności.

Lecz skoro jakąś tu żywić nadzieję trzeba, i ja wierzę, że z czasem „bard Solidarności” stanie się w szerszym odbiorze — nie tylko wśród wtajemniczonych — „poetą egzystencji, nadziei, miłości, wolności, historii”. Lecz czy i to nie są jedynie etykiety, będące wyrazem bezradności wobec Niepojętego i Nieogarnionego? Gdyby się dało zakląć w jedną zmyślną frazę cały świat, czy Jacek w ostatnich miesiącach swego życia pisałby jeszcze za wierszem wiersz dla potomności? Czyż nie z przekonania, że jeszcze nie udało się powiedzieć wszystkiego wynikał trud podejmowany co dzień na nowo — mimo przeciwności okrutnego losu, by jeszcze znaleźć słowa, kombinację słów, które wniosą coś do naszego poznania Świata, Kosmosu, Człowieka?

Wielokrotnie zdarza mi się opisywać słowami Jacka najrozmaitsze sytuacje, które przynosi życie. Rozmawiam ze znajomymi fragmentami jego piosenek.

Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć anegdotę o pewnej kaczmarologicznej przygodzie w pociągu. Wśród kilku osób w przedziale jechał ze mną pewien nieznajomy-znajomy. Człowiek, z którym od kilku lat jakoś mijałem się na uczelnianych korytarzach, ale ze względu na historycznoliteracką odległość, nigdy nie było nam dane się poznać. Czytałem sobie książkę, lecz kiedy minęliśmy Warszawę, oderwał mnie od lektury teatralny szept: „Od trzydziestu lat w Rembertowie mieszkam, z wojny pamiątki mam rzadkie”. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mój sąsiad wyrwał mnie z zaczytania słowami z piosenki Kaczmarskiego, dzisiaj już nieco zapomnianej — wydawałoby się nieaktualnej.

Inna autentyczna historia, przytoczona przez jednego z wielu uczestników internetowej listy dyskusyjnej o Kaczmarskim (na marginesie: ilu poetów ma swoje listy dyskusyjne? A tutaj powstają autentyczne przyjaźnie (a czasem i antagonizmy) ludzi zjednoczonych tylko jedną wspólną cechą: fascynacją, bądź przynajmniej zainteresowaniem twórczością Jacka Kaczmarskiego). Oto — opowiedziana przez Janka — scena ze szpitalnego korytarza:

Na szpitalnym łóżku wieziony jest mężczyzna, który wije się z bólu. Widać, że boli go brzuch.
Lekarz pyta: — Witam, co jest?
Pacjent: — Brzuch!
Lekarz: — Koszula!
Pacjent: — Co koszula!?
Lekarz: — No, koszula! Koszulę z piersi zdarł zupełnie jak w teatrze!

Takie cytaty, pojawiające się mimowolnie w dialogach, to moim zdaniem, najdobitniejsze świadectwo, że jest to twórczość ciągle żywa i obecna.

W powyżej opisanych sytuacjach nie miały one funkcjonować jako uniwersalne sentencje, skrzydlate słowa — choć przecież i od takich złotych myśli aż roi się w Jackowej poezji. I może właśnie dlatego, że pojawiają się jako wyrażenia oderwane od kontekstu, świadcząc o poczuciu humoru i świadomości złamania konwencji przez cytujących — stają się wyrazem porozumienia, informacją dla obu stron, że źródło wciąż bije.

To druga strona wyboru dokonanego przez Jacka na samym początku drogi twórczej. Te słowa, przesłuchiwane setki, tysiące razy, pozostają w człowieku, wczepiają się w pamięć dużo lepiej niż wiersze spisane na papierze. I dzięki znakomitemu połączeniu słowa z muzyką mogły trafić do szerszego grona odbiorców. Popularność Jacka jest w tym wymiarze nieporównywalnie większa, niż poetów, którym los poskąpił talentów muzycznych. A grono Jego odbiorców rekrutuje się spośród wszystkich bodaj zawodów, jakie występują pod naszą szerokością geograficzną.

W świecie piosenek Kaczmarskiego jest potencjalnie miejsce dla każdego. Oczywiście, że nie każdy to swoje miejsce znajdzie. Jestem przekonany, że warto i że znajomość tej twórczości powinna należeć do obowiązkowego wykształcenia współczesnego Polaka. I tak też staram się pokazywać tę twórczość studentom, którzy — to prawda — czasem po raz pierwszy spotykają się z tymi utworami na uniwersytecie.

Ogrom dorobku, pozostawionego przez Jacka wydaje się nie do udźwignięcia przez jedno, krótkie życie. Ba, a jeśli jeszcze pomyśleć, że sam Jacek twierdził, iż sporo czasu przeciekło mu przez palce. Powiedział nawet kiedyś: Mój dorobek mógłby być znacznie lepszy, gdybym nie stracił bardzo dużo czasu na zabawy i przyjemności, a przede wszystkim, gdybym bardziej przysiadał fałdów nad tym, co już jest. Być może byłoby tego mniej, ale mogłoby to mieć większy, czy jeszcze większy ciężar gatunkowy.

Niepojęte to słowa dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę z precyzji, z jaką Jacek wyrażał swoje myśli. I nie tylko swoje. Rzecz w tym, że każdy z nas odnajduje w jego wierszach frazy, które opisują nasz własny stosunek do świata. Porozumienie między artystą a jego odbiorcą polega chyba właśnie na tym, że ten drugi może zidentyfikować się z tym, co ten pierwszy powiedział, napisał, namalował, zaśpiewał dla niego, ale i za niego.

Genialność przekazu artystycznego wynika pewnie między innymi z jego uniwersalności. Jak różni słuchacze, czytelnicy w jak odmiennych sytuacjach myślą słowami poety — to miara siły poetyckiego słowa.

Kaczmarski — mimo młodego wieku — pojawił się na scenie jako twórca w pełni dojrzały o ostro zarysowanym programie artystycznym i przez blisko 30 lat funkcjonowania na scenie rozwijał jedynie zasadnicze wątki swej twórczości, uzupełniał je o nowe konteksty, oświetlał z innej strony.

Od najwcześniejszych prób artystycznych konsekwentnie proponował własną wizję twórczości, opartej na odwołaniach do tradycji kultury. Nawet w momentach, gdy uznawani za pełnoprawnych poetów twórcy ulegali pokusie bezpośredniej publicystyki, Kaczmarski nie odstąpił od swojej linii. Teksty te pomyślane były jako komentarze do rzeczywistości, jako reakcje na tę rzeczywistość i tak też były odczytywane. Ale czas, który upłynął, diametralna zmiana relacji społecznych, ustrojowych, nie zdewaluowały znakomitej większości tych tekstów. Właśnie ze względu na ich uniwersalność, przejawiającą się w odwołaniach do tradycji i sposobach kształtowania języka poetyckiego.

Jacek mówił słowami, myślał myślami innych poetów, przekraczał ramy uśpionych na płótnie obrazów, malował wraz z nimi od nowa ich dzieła — ożywiając je, nadając im całkiem nowe sensy. Patrząc na daty dzienne pod tymi niezwykle precyzyjnymi wypowiedziami, ma się wrażenie, jakby Jacek był jedynie przekaźnikiem Ducha Poezji i Muzyki, jakby przepływał przez niego niewidzialny strumień, który bez zbędnych wahań prowadził pióro i wydobywał dźwięki ze strun gitary, bez nadmiernego udziału autora. Bo gdyby miał ten ogrom pracy wykonać jeden człowiek, nie starczyłoby pewnie jednego życia, choćby i jeszcze raz tak długiego, jakie dane było Jackowi.

© Grabi 2007