Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego

Festiwal Piosenki Poetyckiej Nadzieja

Krzysztof Gozdowski
Drogi Jacku...

Krzysztof Gozdowski

Pamiętam, jak jeszcze na kilka tygodni przed ową fatalną wigilią Świąt Zmartwychwstania Pańskiego 2004 roku namawiałeś mnie do kupna kangurów. Pisałeś, że dają się oswoić tak jak psy i są źródłem nieustannej radości. Pamiętam, jak gdzieś rok wcześniej usilnie dowodziłeś, że moje zaintereso­wanie Twoją twórczością pozostaje w bezpośrednim związku z faktem posiadania przeze mnie parki osłów i świadczy o podziwu godnej konsekwencji upodobań (zainspi­rowało mnie to później do napisania Piosenki o osłach, zaczynającej się od słów: „Nie jest potrzebny żaden Goya, by ujrzeć w sobie kawał gnoja...”, pomyślanej oczywiście jako impertynencja pod Twoim adresem).

Pamiętam zauroczenie moich riazańskich przyjaciół ze Stowarzyszenia „Memoriał” Twoim Pożegnaniem Okudżawy. Pamiętam ich wdzięczność, gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych bezinteresownie wziąłeś udział, nie tylko w formie recitalu, w prezentowanej przez nich wystawie wstrząsających fotografii z Czeczenii.

Pamiętam wszystkie swoje zachwyty i irytacje, uniesienia i odczucia zażenowania, nawet żalu i pretensji, że coś takiego mogłeś napisać — towarzyszące mojemu obcowaniu z Twoją twórczością. Pamiętam, że dzięki tej amplitudzie doznań utwierdziłem się w przekonaniu, że wobec ludzi, którzy są mi bliscy i których podziwiam, nie powinienem używać „miary, cyrkla i wagi”, bo jedynie w tych ludziach „jest Raj, Piekło i do obu — szlaki”. Także i mój Raj, i moje Piekło...

Dziękuję Ci za to, Jacku. „To wcale nie jest mało...”.



Krzysztof Gozdowski
Pamięci Jacka Kaczmarskiego

Rzeczywiście —
Nie złożyłeś świadectwa, które kłamie Piekłu.

To znaczy, że istnieją również:
I Niebo i Czyściec.

Dałeś nam wspaniałą podróż.
Zaprosiłeś
Do swego domu.

Przy Twoim stole
Możemy rozmawiać wciąż z Tymi,
Co po różnych stronach Rzeki.
Z Tobą.
Pomiędzy sobą.
Z Bogiem.

Dopiero teraz wiemy,
Że to jest Twój Dom,
Twój Stół.
Że innych nigdy nie miałeś.

Że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego języka.
A na początku naprawdę było Słowo. I Muzyka.

Dowiodłeś tego
Itaką swych pieśni.

(Wiemy:
Byłeś pieszczochem Losu i niezłym skurczybykiem,
Tak jak Odys z Twojej piosenki.
Ale nie za to będziesz pamiętany.)

Przez całe życie szukałeś swojej Penelopy.

Nie byłeś jej zanadto wierny.

Ona też miała zbyt wiele zajęć,
By czekać tylko na Ciebie.

Ale to Ona Cię w końcu odnalazła.
Bogini Parka — Twoja Penelopa.

Próbowałeś nam o tym opowiedzieć
W swoich ostatnich wierszach.



Jackowi na dzień Jego pogrzebu

Nie wygłupiaj się,
Nie umieraj.

Przecież obiecałeś:
„Wrócę, gdy zacznie się świt...”
Przecież już jutro miał być (i był)
Pierwszy dzień świąt Wielkiej Nocy.

Już wiem.
To nie Ty się wygłupiałeś...

To tylko biologia,
Którą trudno posądzać
O poczucie humoru,
Czy o cokolwiek.

(Ale czy naprawdę
Biologia jest poza wszelkim podejrzeniem?)

Nie wątpię — sam
Zażyczyłeś sobie krematoryjnego ognia.

Nie wątpię — Twoja (?) urna
To prawdziwe dzieło sztuki
(Być może nawet sam ją wybrałeś)
I zarazem wniosek, jaki wyciągnąłeś
— Pilny, choć niesforny uczeń —
Z lekcji swych Znamienitych Przodków:
Od Prapradziadka z podbitego nocą koczowiska
Po Mistrza Herberta.

Nie wątpię — nie chciałeś, tak jak Oni
Pozostać zimną czaszką,
Bezbronną wobec kaprysów
Filozofujących grabarzy,
Albo nawiedzonych malarzy.
Czy innych cmentarnych hien.

Gdybyś żył, powiedziałbyś zapewne:
„Chciałbym mieć wpływ na dobór gości,
Którzy obgryzać będą moje kości.”

Nie wątpię —
Dzisiaj się nie wygłupiasz.

Twój pogrzeb to w końcu ważna rzecz.
Równie ważna, jak Twoja Zbroja!



Piosenka dla Jacka (i z podziękowaniem dla Alicji)

To nieprawda, że umarli nie słuchają piosenek,
To nieprawda, że ciemności kryją urnę czy ziemię...

Jeśli jesteś, a — jesteś — nigdy w to nie wątpiłem,
To posłuchaj piosenki, która mi się przyśniła:

Gdzięś daleko, tam, gdzie — jest —dobry świat,
Tam gdzie — nie — to jest: Nie,
Tam gdzie — tak — to jest: Tak,

Tam gdzie spowiedź jest — też zawsze — piosenką
(Choć spowiednik Tam przędzie, powiedziałbym — dość cienko),

Siedzą sobie przy stole, popijając Dei— hard — drink
Święty Jerzy z księgową, jacyś z dworca kloszardzi,
Twoja klasa, Emigrant, Prometeusz z bogami,
I Wołodia Wysocki, już wyraźnie zawiany.

Goya szepce Jasieńskiemu coś tam cicho do ucha,
Obok siedzi Barabasz. Wciąż milczący. Wciąż — słucha.

Cyprian Norwid, Słowacki — jacyś dziwnie weseli —
Heksametrem gadają, by Herberta ośmielić:

„Zbysiu, padła legawa, wszak ty jesteś, jak miód!
Każda strofa twych wierszy — eto prosto jest cud!”



***

Przybywają wciąż nowi na biesiadę tę goście...
Mówi Bóg: „Lecz Dylana jeszcze dzisiaj nie proście!”

Nagle cisza: Ty śpiewasz. Pan Bóg ręce załamie...
(Każda pieśń — wszak to przecież bezbożności dynamit!)
Ale szepnie Archanioł: „Przecież on jest już z nami!”

I uśmiecha się Bóg. Dobry Bóg — w Dobrym Świecie.
Zaraz suche bierwiona każe w łaźni rozniecić...



© Grabi 2007