Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego

Festiwal Piosenki Poetyckiej Nadzieja

Robert Siwiec
Order słonia

Robert Siwiec

fot. Grabi

Mówić publicznie o Wielkich nie jest łatwo. Mówienie o Wiel­kich, to wielki problem. Zawsze bowiem — mówiąc o Nich — poja­wia się pokusa użycia słów wielkich i for­my szczególnej. Te słowa i ta forma „ciężar zbyt ogromny” udźwignąć mają. Ta naturalna pokusa ze strachu, z obawy się bierze. Czy w sposób wystarczający opiszę wielkość Wielkiego? Czy moje proste słowa i moje skromne myśli wystarczą, by opisać fakturę spiżu, zapach brązu, kolor granitu?

Ale powiedzmy sobie szczerze: Oni, ci Wielcy, też nie są tu bez winy.

Siedzimy na kanapie, popijamy herbatę. Ty przeglądasz gazetę, ja popatruję w telewizor. Właśnie rozpoczął się Jeden z Dziesięciu, prowadzący zadaje pierwsze pytania; próbuję na nie w myślach odpowiadać, ale nie idzie mi. Za to idzie Pani Halinie. Bo Pani Halina, księgowa z Poznania dziś jest najlepsza i jestem niemal pewien, że prowadzący zaprosi ją do finału.

Ale i nawet Pani Halina nie wie, jak nazywał się dyplomata i historyk florencki oskarżony przez Medyceuszy o spisek.
— Machiavelli — słyszę Twój głos znad gazety.
Prawym dopływem której rzeki jest Barycz? W głowie Pani Haliny pustka. W mojej też. Wiem już, że Pani Haliny nie będzie w finale.
— Odry — odpowiadasz nie odrywając wzroku od lektury.
Jak na imię miał wybitny polski logik Leśniewski?
— Stanisław — mruczysz z nosem wciąż utkwionym w gazecie.
Z drużynami których państw znalazła się w grupie Polska podczas piłkarskich MŚ w Hiszpanii w 82 roku?
— Peru, Włochy, Kamerun.

Finał. Z ekranu padło już kilkadziesiąt pytań. Na prawie wszystkie podałeś odpowiedź. Ja — na jedną trzecią. Może mniej. Prowadzący zadaje kolejne pytania; z geografii, historii literatury, filozofii, matematyki. Odpowiadasz raz za razem, a ja siedzę obok Ciebie i niepokoję się coraz bardziej. Niemożliwe przecież, żebyś przeczytał wszystkie podręczniki świata i wszystkie atlasy świata. Niemożliwe, abyś wiedział wszystko. Mimo wszystko, niemożliwe.

Sięgam po kolejnego papierosa, gapię się w telewizor i łapię na tym, że czekam na Twoją pomyłkę. Liczę na nią. A najlepiej by było, gdybyś nie odpowiedział na jakieś pytanie w ogóle. Milczę — nie wiedząc dlaczego — coraz bardziej zły.

— Najwyższym odznaczeniem którego kraju jest Order Słonia? — pyta teraz Sznuk postawnego, szpakowatego Pana Feliksa, ale ja jestem pewien, że pyta wyłącznie Ciebie. I że zadając to pytanie, ulitował się w końcu nade mną i postanowił mi pomóc. I wierzę, że mu się uda. Bo podniosłeś właśnie po raz pierwszy głowę znad gazety i z ciekawością spojrzałeś w ekran.
— Chyba... Danii — odpowiadasz.
Bingo. Ale i cierpliwość moja — na tym się kończy.
— Skąd wiedziałeś?! — rzucam może trochę zbyt głośno.
— Nie wiedziałem. Przypadkowo skojarzyłem — uśmiechasz się szeroko — Najlepsze piwo, jakie w życiu piłem, było duńskie. Na etykiecie był słoń. Świetne piwo. I nazywało się „Elephant”.

I znów wsadzasz nos w gazetę.

Dobrze, Jacku, że mi cztery lata temu, oglądając Jeden z Dziesięciu, o tym piwie powiedziałeś. Dobrze, że nie byłeś wtedy pewien odpowiedzi na to jedno teleturniejowe pytanie. I dobrze, że nie wyczytałeś jej w encyklopedii, ani w atlasie, ani w żadnej mądrej książce. Tylko z etykietki na butelce piwa.

Bo niechybnie zapadłbym się wtedy, Jacku, ze wstydu pod ziemię. I do dziś czułbym się niedoczłowieczony.

© Grabi 2007