Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego

Festiwal Piosenki Poetyckiej Nadzieja

Rafał Żebrowski
„A śpiewak także był sam”, czyli wspomnienie o Jacku Kaczmarskim

Rafał Żebrowski

fot. J. Błażyński

Mimo, że nie spotkaliśmy się nigdy osobiście, a jednak z pew­nym trudem przychodzi mi o nim myśleć w czasie przeszłym. To dziwne uczucie, bowiem głównie doświadczamy przemijania. Jeste­śmy więc zwierzętami historycz­nymi, choć w postmoder­nistycznej epoce mało kto chce się do tego przyznawać. Jednak nasza pod­świadomość sprawia, że przemi­janie wydaje się nie imać wielu osób. Głównie są to nasi bliscy i towarzysze różnych niedoli, ale czasem tym sposobem traktowania wyróżniamy także czcigodnych zmarłych, którzy wpisali się trwale w nasze życie, najczęściej poprzez to, iż byli na tyle niebanalni, by przyczynić się do naszego rozwoju... Bez wątpienia taką osobistością dla bardzo licznych przedstawicieli pokolenia, któremu dane było przeżyć świadomie kilka ostatnich dziesięcioleci, był Jacek Kaczmarski. 22 III 2006 r. rozpocząłby właśnie 50. rok swego życia; zmarł bowiem przed bez mała dwoma laty, 10 IV 2004 r.

Był zjawiskiem bardzo polskim. Wiele wokół tego nazbyt krótkiego żywota narosło nieporozumień, zwłaszcza w sferze rozumienia dzieła pieśniarza-poety, często nazywanego bardem, choć mało kto zadawał sobie trud zdefiniowania owego terminu. Jak wszystko, co wartościowe w naszym kraju i jego dziejach, miał Kaczmarski dość zawikłaną genealogię, w której było miejsce dla słowiańskich, żydowskich, tatarskich, frankofońskich i Bóg wie jeszcze jakich korzeni. Wplecenie w ową osnowę familijnej tkaniny takiej postaci, jak Jakub Jasiński daje pełne pole do popisów symboliczno-interpretacyjnych, ale też może rychło zaprowadzić na manowce. Zapewne w dzieciństwie Jacek nie był chłopcem zbyt mocnym, ale mocno nie pogodzonym z tą swoją kondycją. Sytuacja taka często powoduje przemożne pragnienie demonstrowania własnej siły, męskości, które nie opuszcza już człowieka do końca jego dni. To bardzo go hartuje, a równocześnie pielęgnuje jego wrażliwość. Toteż całe życie Kaczmarskiego było pełne namiętności, otwarte na urodę życia we wszystkich jego przejawach, od sztuki i literatury począwszy, a na krajobrazach „Moskwy karczemnej” skończywszy.

W jego życiorysie można odnaleźć wszystko, co się komu podoba i nie podoba. Był w nim wątek twórczości, podjęty w wieku 16–17 lat. Nawet biorąc pod uwagę pewną niezaprzeczalną łatwość pisania, i tak pracami Jacka możnaby suto okrasić kronikę literacką znacznie dłuższego żywota. Na dorobek artysty składa się bowiem: około 600 wierszy i piosenek, których jedynie część została zebrana w pięciu tomikach i antologiach, w dwudziestu oficjalnie wydanych śpiewnikach, do których należałoby dołączyć jeszcze większą liczbę tego rodzaju edycji nielegalnych lub unikatowych. Wydana dwa miesiące po śmierci pieśniarza w miarę pełna jego dyskografia obejmuje 22 płyty, które ukazały się pomiędzy 1980 a 2002 r.; songi do blues-opery Kuglarze i wisielcy na motywach powieści Wiktora Hugo, wystawianej w Teatrze Nowym w Poznaniu w połowie lat 90. Poza tym w latach 1994–2000 ogłosił pięć książek prozatorskich, serię na nowo opowiedzianych klasycznych bajek dla dzieci oraz pewną liczbę felietonów. Do tego należałoby dodać błyskotliwą karierę estradową, którą na dobre rozpoczęły sukcesy odniesione na krakowskim Studenckim Festiwalu Piosenki w latach 1977–1978 oraz bardzo owocna współpraca jedynego w swym rodzaju arcy-trija Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński, którą otworzył program poetycki Mury z 1979 r. Było w tym życiu miejsce na bujną egzystencję, zwaną nie wiedzieć czemu „cygańską”, emigrację w stanie wojennym, współpracę z Radiem Wolna Europa, liczne wojaże artystyczne po całym niemal świecie; trzykrotne rozpoczynanie na nowo życia z kolejnymi partnerkami; kilkuletni pobyt w Australii od 1995 r.; wreszcie na walkę z chorobą nowotworową przełyku w obronie własnego głosu (w sensie jak najbardziej dosłownym), zakończoną pod dwóch latach śmiercią.

Wszystko więc właściwie było jak należy: los poety-pieśniarza mieni się feerią migotliwych barw, jest nazbyt krótki i tragiczny. Nie nadaje się na kanwę noweli przykładnej, którą możnaby wstawić do tomu czytanek dla grzecznych dzieci. Kaczmarski był postacią nazbyt niejednoznaczną, by uczynić ją „sztandarową” dla jakiegokolwiek ruchu czy środowiska, a równocześnie zbyt błyskotliwą, by nazbyt liczni nie próbowali w ten właśnie sposób ją wykorzystywać. Symbolicznie niemal pokazuje to pieśń Mury, napisana przez Kaczmarskiego do muzyki katalońskiego barda Lluisa Llacha, z którego tragicznym losem młody polski poeta się identyfikował. Był to bolesny krzyk w obronie indywidualności, której nie może zniewolić wola tłumów, wypaczających treść przesłania pisarza. Tymczasem właśnie Mury stały się hymnem masowego ruchu Solidarności; pieśnią wymuszającą opowiedzenie się po jednej stronie, bez pozostawienia miejsca na wątpliwości. Nie ma w tym nic złego, ale jest to paradoks życia tekstu poza wolą jego twórcy.

Warto więc na chwilę zastanowić się nad fenomenem, jakim dla mojego pokolenia był Jacek Kaczmarski. Trzeba jednak oderwać się przy tym od wszystkich narosłych już stereotypów. Dla mnie jego twórczość jest przedłużeniem dziejów inteligencji polskiej, tej wyjątkowej i unikatowej w skali całego globu formacji społecznej, która w znacznym stopniu została zniszczona przez dwa dwudziestowieczne totalitaryzmy, a skutecznie pogrzebana przez „architektów dusz” i ich potomków w czasach PRL-u. Genealogia owej quasi warstwy jest głęboko zakorzeniona w szlachcie polskiej, jej umiłowaniu wolności, posuniętym do granic autodestrukcji. Ostatecznie po katastrofie tragicznego powstania 1863 r. wzięła ona na siebie ciężar podtrzymania istnienia narodu i przewodzenia mu w sferze niezależnego ducha i myśli. Siły do tej misji czerpała z historii kraju i uczestnictwa w życiu kulturalnym zarówno partykularnym (krajowym), jak i uniwersalnym. Nie chodziło przy tym tylko o prostą afirmację odziedziczonych wartości, ale właśnie o ciągłe zmaganie się z nimi, krytyczny stosunek do przeszłości, który wszakże nie miał na celu burzenia jej obrazu, lecz budowania gmachu narodowej tożsamości na zdrowych, krytycznych fundamentach. Formalnie przeciwstawne sobie nurty — pozytywistyczny i romantyczny — w wysiłku polskiej inteligencji stawały się swoistą syntezą dążeń do pełnego i niezależnego życia. To właśnie Kaczmarski podjął w pełni udaną i konsekwentną próbę przeniesienia tych wartości do kultury „masowej”, w najlepszym tego słowa rozumieniu. Jego twórczość bardzo mocno była zakorzeniona w historii i dziejach kultury. Niestety, bardzo często jego teksty były odbierane nazbyt powierzchownie. Do 1989 r. było w tym coś naturalnego, bowiem słuchaczy koncertów porywał nurt pieśni i emocjonalny ton w głosie wykonawcy. Chwytali oni przede wszystkim sugestie związane z przemilczanymi dotąd faktami i nie starczało im już siły lub uwagi na dostrzeżenie interpretacji, jaką przekazywał pieśniarz-poeta w dedykowanych odbiorcom przesłaniach. Także później rodacy pogrążeni w swarach i biedach III Rzeczypospolitej najczęściej poprzestawali na chłonięciu atmosfery i migotliwej powierzchni sągów Kaczmarskiego, pozostawiając ich autora w bolesnym osamotnieniu wśród zachwyconego jego twórczością tłumu, jak „natchnionego i młodego” bohatera Murów.

Czas wydaje się najwyższy, by tekstom zmarłego przed dwoma laty poety przywrócić ich pełny wymiar, który jest świadectwem jego zmagań z własnym losem i historią. Dobry ku temu asumpt daje najnowsza płyta Kaczmarskiego, która właśnie się ukazała. Nagrania do niej zostały dokonane jeszcze latem 2000 r. Wśród zapisanych wówczas czternastu utworów zaledwie jeden był premierą, a mianowicie Nasza klasa '92, alter ego bardzo znanej Naszej klasy. Poza tym w zestawie owym pojawiła się jedna pieśń w znacznie szerszej wersji niż ogólnie znana (Limeryki o narodach). W istocie bowiem na tej podstawie miała powstać płyta złożona z utworów, o które dość często prosiła publiczność, a mimo to rzadko pojawiały się w programach występów artysty, choć przecież były powszechnie znane (m.in. wspomniana już Nasza klasa, Sen Katarzyny, Obława, Zbroja, Źródło, Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego). Z wielu przyczyn dopiero teraz tamte nagrania ukazał się na płycie pt. Świadectwo, nakładem Fundacji im. Jacka Kaczmarskiego. Okładkę jej zdobi fragment zdjęcia wilczej głowy, który przywodzi na myśl zdjęcie wklejane do uniwersyteckich dyplomów. Jest w tym nawiązanie do słynnej Obławy, od której właściwie zaczęła się błyskotliwa kariera poety-pieśniarza, ale też — do losu wszystkich „dających świadectwo”, żywo przypominającego żywot wilka samotnika.

Płyta Świadectwo pokazuje też dowodnie, że prezentacja wyboru songów Kaczmarskiego, jeśli został on dokonany świadomie i z należytym namysłem, również może prowadzić do powstania nowej jakości. Bowiem, jak twierdził Puszkin w swej parafrazie Exegi monumentum Horacego:

„Nie wszystek umrę, nie! Duch w lutnię wklęty, przecie
Znikomy przetrwa proch, nie będzie w ziemi gnił,
I w sławę będzie rósł, póki w podgwiezdnym świecie
Choć jeden pieśniarz będzie żył.”

© Grabi 2007