Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego

Festiwal Piosenki Poetyckiej Nadzieja

Bogdan Żurek
Przewielmożny kat

Bogdan Żurek

Gdy tylko jestem w ukochanym Sopocie pędzę do Osowej, bo tam, u Ali, nad nocnymi Polaków rozmowami czuwa Jacek. W domu Ali do Jacka wciąż blisko, bardzo blisko. Słuchamy Kaczmara, Bogdan ugniata cytruski do kolejnego drinka, słuchamy Kaczmara, w kącie Jego gitara, słuchamy, mimo że każde słowo i każdy dźwięk znane. Wokół V „Na­dziei” w Kołobrzegu mowa się toczy. Noc czeskich bardów będzie. Karela Kryla znałem — mówię, w Wolnej Europie w Monachium razem pracowaliśmy. On u Czechów, ja u Polaków. Nie wolno zapomnieć o Krylu na tegorocznej „Nadziei”. Przyjaźnili się przecież z Jackiem, no i jaka to noc czeskich bardów bez Kryla?

Godziny śmigają jak oszalałe, a u Ali nagrań setki, cytrusków brakować zaczyna… Przypadkowo wybrany, nieopisany krążek lą­du­je w kieszeni odtwarzacza, obraz fatalny, stary koncert, Jacek młody. Obławę leci, pod ścianą jakaś postać. Patrz Kryl! — mówi mój przyjaciel, też Bogdan zresztą. Z lekka przymulony oczy prze­cie­ram… Tak, to Kryl, Karel Kryl, znałem go przecież. Karel na gitarze wsparty pod ścianą siedzi i Jacka słucha. Skąd to nagranie w środku nocy znalezione, nikt nie wie, ja wiem — to Jacek czuwa, o czeskich bardach przecież mowa. Zmieniają się przy mikrofonie, obraz dalej fatalny, jedna kamera, ciągle to samo ujęcie na scenę, słychać brawa, choć publiki nie widać, Karel zaczyna… po polsku:

Gdzie zamek jest z kamienia,
wsród krużganków krętych,
kapłani przekupieni patrzą do ksiąg świętych
A najemni żołnierze żądają błogosławieństw,
wszak pierwszym z rycerzy jest przewielmożny kat,
wszak pierwszym z rycerzy jest przewielmożny kat.

Bogdan, przedsierpniowy opozycjonista, wpatrując się w ekran śpiewa razem z Krylem. Znasz to? — pytam zaskoczony. Oczywiście — odpowiada. Przecież my tego Kata jeszcze przed Solidarnością śpiewaliśmy.

No nie!!! Promile z wrażenia wyparowywują, że aż żal. Patrzę i oczom nie wierzę, kamerzystę poznaję, to facet z Radia Wolna Euro­pa, a koncert? Byłem przecież na nim w Monachium, w cza­sach, gdy czerwoni trzymali się jeszcze mocno. Kaczmar z Krylem na rzecz Skarbu Narodowego śpiewali, by Polsce pomóc. Skarb Na­ro­do­wy szlachetna instytucja, przy polskim rządzie na obczyźnie usadowiona, wspomagała w kraju tych co z komuną walczyli, a oni „za fryko” występowali, by Polsce pomóc, nie raz jeden zresztą.

Kantyna Radia Wolna Europa. Poranne piwko kaca zabija. Opo­wia­dam Jackowi o Konopnickiej, nie tej poetce, lecz o MS „Ko­no­pni­cka”, statku który w stoczni spłonął, a w nim stoczniowcy uwięzieni. Za godzin kilka będzie już z tego utwór, pod tym samym tytułem, spiewany przez Jacka u mnie u domu. Pijemy więc to piwko przy „polskim” stoliku w radiowej kantynie, nad jakimś moc­niej­szym śniadankiem się zastanawiając. „Jeszcze Polska nie zginęła” — słyszymy za plecami i nie odwracając się wiemy dobrze, że to Karel. On zawsze z Polakami tak się wita. Przysiada się i już w trójkę pójdziemy do pobliskiego Käffera „na ruszta” coś wrzucić.

Kaczmar z Krylem znali się dobrze, bardzo dobrze, być może to i przy­jazń była. W każdym bądź razie widywano ich razem często. Mieli o czym rozmawiać, w końcu dwa podobne wydarzenia wy­nio­sły ich na piedestały sławy; Karela — Praska Wiosna, Jacka — So­li­dar­ność. Bronili się, raczej chyba pro-forma, przed tym za­szu­flad­ko­waniem, bez szans zresztą wielkich, gdyż lud tak chciał, a oni ten lud kochali przecież. Tworzyli więc dla niego z oddali, na emigracji. Dla niego śpiewali na falach znienawidzonego przez reżimy radia, przebijając się przez terkot komuszych zagłuszarek, niepewni do końca, z jakim efektem. Nie widać tego bowiem, gdy „w powierzte” się śpiewa. Z duszą na ramieniu — sam Jacek mi o to mówił — wra­ca­li więc z obczyzny do swych wolnych już krajów, a tam… witały ich pełne widownie, w Warszawie, w Pradze, w każdej mieścinie nad­kom­plet, z publiką w rożnym wieku wtórującą swym bardom przy każdym utworze. Na nic zdały się zagłuszarki i cenzura.

Stacja metra w Monachium. Jacyś Czesi mnie zaczepiają o drogę pytając. Jedziemy w jednym kierunku. Znałem Kryla mówię, a oni zaczynają śpiewać Veličenstvo Kat jakby chcąc mi udowodnić, że też go znają, choć już nie żyje. „Jakie pan miał szczęście, że mógł Go pan poznać osobiście” — słyszę z nutką podziwu zazdrością za­bar­wioną.

Powązki warszawskie, grób Jacka, krzyż drewniany, pomnika jeszcze nie ma. Odwiedzam swego Przyjaciela. Obok przyklęka mło­dy człowiek z plecakiem, zapala znicz. Proszę go, by mi zdjęcie zrobił, rozmawiamy. Wie o Jacku wszystko, zna życiorys, utwory… Opowiadam mu o naszej z Jackiem przyjaźni. „Jakie pan miał szczęście, że mógł Go pan poznać osobiście” — identycznie jak ci Czesi z monachijskiego metra.

Chyba rzeczywiście miałem szczęście …

© Grabi 2007